Właśnie przed chwilą usiłowałem napisać recenzję nowej płyty Rogera - Electric Fire. Chciałem to zrobić podczas pierwszego jej przesłuchania, ale chyba jednak sobie daruję. Płyta ta (na pierwszy rzut ucha) trochę odstaje od tego wszystkiego, co nasz drogi Rodż robił do tej pory, chyba więc lepiej dla wszystkich zainteresowanych moją na jej temat opinią będzie, żebym najpierw się z nią osłuchał, a dopiero później brał się za klawiaturę. Zazwyczaj bowiem jest tak, że zupełnie nowe produkcje (obojętnie czy to Queen, Brian czy Roger) są dla mnie nie do przełknięcia w pierwszym podejściu. Dlaczego? No i tu się napoczynają schody, bo? nie wiem. Po prostu nie wiem.
Nie wiem dlaczego płyta Barcelona przeleżała w mojej szufladzie (spoko, spoko - to była kaseta, nie zwykłem trzymać płyt w szufladzie) sporo czasu, zanim stała się jedną z moich najbardziej ukochanych pozycji (no, no - bez głupich domysłów, nigdy nie słyszałem o pozycji Barcelona). Wylejcie mnie z posady, ale gdy słuchałem po raz pierwszy płyty The Miracle w Wieczorze z płytą kompaktową, prowadzonym przez pana Tomasza Szachowskiego (tak, tak drodzy przyjaciele, było kiedyś cóś takiego, kto pamięta i również tego słuchał - pozdrawiam serdecznie; kto nie wie o co chodzi, niech się cieszy, że jest taki młody), to zrzuciłem słuchawki mniej więcej w połowie utworu tytułowego. Nie inaczej było z niesamowitym krążkiem Queen II - pierwszy odsłuch płyty zakupionej na opolskim targowisku przy ulicy Duboisa zakładanej drżącymi i zwilgotniałymi z napięcia paluchami na talerz mojego drogiego G 8010 zakończył się nadspodziewanie szybko. Płyta powędrowała na półkę. W tej chwili należy do ścisłego grona moich ulubionych. Zdarzyło mi się kiedyś nawet odśpiewać jej drugą stronę w towarzystwie? mniejsza o to czyim (by the way - może to kiedyś powtórzymy?). W każdym bądź razie było to naprawdę niezapomniane przeżycie. Przy Innuendo okoliczności spowodowały, że z płytą zapoznałem się kilka(dziesiąt) razy w ciągu pierwszej nocy słuchania. Tak się złożyło, iż byłem wtedy w pracy i pracującemu wraz ze mną koledze Sebastianowi tak spodobała się od PIERWSZEGO PRZESŁUCHANIA zawartość kasety, że po prostu obracał ją tylko co 45 minut. W takich okolicznościach pokochałem Innuendo.
A teraz? Nic już nie jest takie same od pamiętnego listopada`91. Żaden nowy materiał, nowa muzyka, premierowe video, cokolwiek; nic już nie smakuje tak, jak kiedyś. Bo wtedy wszystko miało jakiś sens. Wiadomo - nowa płyta, single, teledyski, trasa? A teraz? Jest zupełnie inaczej. Ale ten pierwszy raz zawsze pozostaje w pamięci. Pamiętam, jak w początkach mojej Queen`owej miłości niesamowicie podniecające było odkrywanie każdego nowego utworu, każdej kolejnej płyty. Utwory ze stron B singli wydawały się być równie niedostępne jak produkcje solowe. Długo trwało, zanim dokopałem się w końcu do wszystkich normalnych krążków studyjnych. A teraz? Wersje demo, instrumentale, maxisingle? Komu to jeszcze potrzebne? Czy ktoś jeszcze słucha tego radia? Kiedyś sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi w Knebworth Park, teraz dwa tysiące w Stodole. Czasy się zmieniają... Niedawno widziałem na własne oczy Briana, dotknąłem Go. Zszedł z nieba na ziemię. W ten sposób po raz drugi w życiu muzycznie straciłem dziewictwo. I co dalej? Rogerowi trasy się robić nie chce. Za stary czy co? Dżon, zdaje się, odszedł na muzyczną emeryturę. Brian obiecuje, że wróci i ja mu wierzę. Ale przecież pięćdziesiątka sadowi się na karku, i to nie tylko jemu. Dziewczyny o grubych tyłkach wkrótce zostaną babciami, miłość mego życia po dwudziestu paru latach proszenia chyba jednak nie odejdzie. No i jak długo można żyć z dechem zapartym w piersiach? A jednak. O wpół do trzeciej w nocy lubię oglądać Droopy Dee, uprawiać zaping po tiwi czanelach albo? słuchać czegoś (około)Queen`owego. I tak już najprawdopodobniej pozostanie. Bezapelacyjnie. Do samego końca. Mojego lub jej. A teraz? Jest już (dopiero?) 3:14 nad ranem, i chyba pora już najwyższa na zakończenie słuchania płytki Electric Fire i oddanie się w posiadanie pościeli.
Ludzie kochani! Nie załamujcie się po przeczytaniu tego gniota. To tylko niecne strzępy moich późnowieczornych gonitw myśli. Za godzin parę wstanie nowy dzień, jeśli przez czas jakiś będę w swej ziemiance przebywał bez towarzystwa współlokatorów (czytaj: podstawowej komórki społecznej, w moim przypadQ wymodelowanej w stylu 2+1), to cały świat usłyszy, ile poweru jestem w stanie wydeptać z moich nagłaśniaczy. Czym pohałasuję? No? nie wiem. Jeszcze. Ale przecież dobrze wiecie, ze jest w czym wybierać - Kobiety Grubotyłkie, Jedna Wizja, Żulerska Raphsodia, Zwiąż Swoją Mamuśkę and many, many more? W każdym bądź razie sąsiedzi ponownie będą mieli powód, by zawezwać Milicję Obywatelską. I znowu cztery osiem. Ale ponieważ to już nie pierwszy raz, to sprawa nie należy już do tego opowiadania.
TW
PS: To naprawdę miała być (w pierwszym zamyśle) recenzja płyty EF pana RT. Co wyszło? Who cares? I don`t?
© & ® 1999 Misiaq Ltd.