Na ocenę QUEEN-THE EYE w zasadniczy sposób wpływają dwa czynniki. Pierwszy to twórcze wykorzystanie dorobku zespołu Queen. Drugi zaś to bardzo odtwórcze potraktowanie samej fabuły. Może to brzmieć jak bełkot i wydaje się nieprawdopodobne. A jednak... Grając w to dzieło wydane przez ELECTRONIC ARTS, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż coś tu jest nie tak. Artystyczną koncepcja bardzo gryzie się ze spartoloną robotą rzemieślniczą.
Pierwsze zdanie powinno brzmieć - gra absolutnie niezbędna w kolekcji każdego fana zespołu. Jednak tak nie jest. Może dlatego, że prawdziwy fan zespołu powinien już mieć w swojej kolekcji wszystkie utwory Freddiego i paczki (a innych aranżacji w grze nie znajdziecie), a może po prostu dlatego , że gra ta niekoniecznie się wam spodoba.
Pięć płyt składających się na grę, to przede wszystkim 58 utworów zespołu. Większość z nich to instrumentalne wersje znanych (i mniej znanych) tytułów ze wszystkich płyt Queen (łącznie z ostatnim "Made In Heaven")
Ja sam nie jestem zbyt dużym fanem Mercuryego i Taylora, ale przyznam, że cała ścieżka dźwiękowa jest do gry dobrana bardzo dobrze. Przyjemnie komponuje się z akcją i chociaż mamy przeskoki między utworami (niczym nie zmiękczone), to słucha się jej bardzo spokojnie. Na tym tle blado wypada średni dźwięk. Żałosne są też głosy niektórych lektorów.
Na samym wykorzystaniu muzyki Queen jednak nie koniec. Elementy utworów towarzyszą wszystkim pięciu światom - Arena, Works, Theatre, Innuendo i Final. Już nazwa czwartego z nich mówi nam, co jeszcze zostało zapożyczone z twórczości muzyków. I rzeczywiście - sceneria Innuendo nie pozostawia wątpliwości. Tła, postacie i przedmioty tam występujące są żywcem wzięte z okładki albumu i teledysków zrealizowanych na podstawie ostatniej wydanej za życia Freddiego płyty.
Inne światy to już nieco inna historia - tam na elementy Queen'owe natrafimy znacznie rzadziej - czasami nawet będzie to jedynie muzyka. Jednak wnikliwi obserwatorzy dojrzą pewnie więcej detali związanych z twórczością grupy (w Works też są dosyć oczywiste).
I wreszcie ostatni ukłon w stronę muzyków, producentów gry. Jest on związany z samą fabułą. I tu zaczynają się pierwsze bóle.
Gdzieś w niedalekiej przyszłości, z bliżej nieznanych przyczyn, został zbudowany przepotężny komputer. Niestety, ma on, podobnie jak wszystkie procesory potężnych komputerów z przyszłości, pewnego buga. Być może wynika to z ignorancji przyszłych pokoleń inżynierów-informatyków, być może z jakiegoś wielkiego niedopatrzenia, ale pewne jest jedno: superkomputer przejął kontrolę nad światem. Nie dowiadujemy się, w jaki dokładnie sposób tego dokonał, ale ma on teraz armię gotowych na wszystko sługusów, chętnych do zabicia wszystkiego co się rusza.
Komputer nazywa się Oko (stąd tytuł gry). Oko nadzoruje wszystko, jest wszechmocne i eliminuje jakikolwiek przejawy ludzkiej kreatywności. Wie doskonale, że jeśli ludzie staną się czymś więcej niż tylko bezrozumnymi kreaturami, to nie będzie tak łatwo. Dlatego tez oprócz armii etatowych leszczyków Oko zatrudnia też ekipę kilku ciekawych bossów, którzy mają mu pomóc w likwidowaniu jakichkolwiek form twórczości. Nadzorcą całej akcji, której celem jest likwidacja buntowników, jest bezimienna kreatura niszcząca wszystkich i wszystko, co stanie na drodze Oka. Jak to zwykle bywa, bezimienna kreatura szybko zostaje nazwana przez ludzi. My, gracze, lepiej poznamy ją jako Śmierć Na Dwóch Nogach. Trzeba w tym momencie po raz pierwszy zbesztać projektantów postaci. Otóż nasz największy przeciwnik wygląda jak zwykły diabeł. No trudno. Walczy się z takimi przeciwnikami, jakich się ma.
Oko ma pewien straszliwy problem, będący zarazem promyczkiem nadziei dla wszystkich pragnących wyrwać się z niewolniczej kontroli tego złowrogiego narządu wzroku. Problemem tym jest muzyka. Tak, to właśnie tan ostatni ukłon w stronę muzyków. Podobnie jak w "Seksmisji" kobietom nie podobały się "istoty" lubiące piwo i piłkę nożną, tak w QUEEN - THE EYE Oku nie podoba się fakt istnienia czegoś takiego jak muzyka, która jest tutaj ucieleśnieniem ludzkiej kreatywności.
Kiedy Oko natrafiło na ślady muzyki, przestraszyło się. Wiedząc, jak duże są archiwa muzyczne, zdało sobie sprawę, że nie uda mu się naraz zniszczyć ich wszystkich. Dlatego też odcięło ludziom dostęp do muzyki, a zastępy agentów (pod nadzorem Śmierci Na Dwóch Nogach) rozpoczęły systematyczny proces jej usuwania. Jak się jednak po raz kolejny okazało, na ludziach nie można polegać. Jeden z agentów, noszący brzmiące ze słowiańska nazwisko Dubroc, natrafił kiedyś na archiwa muzyczne. Piękno dźwięków, jakie usłyszał, spowodowało, że powoli zaczął zdawać sobie sprawę ze swojego błędu (to nie ja wymyślałem tę fabułę!). Niestety jednak, zanim zdążył własnoręcznie obalić Oko (a właściwie zanim jeszcze wstał od komputera, przy którym siedział wsłuchując się w dźwięki muzyki) dopadła go Śmierć Na Dwóch Nogach i ... wsadziła do więzienia. Zastanawiam się, skąd wzięło się jej imię, skoro nawet nie potrafiła załatwić jednego gostka ...
Tak więc Dubroc został uznany za zdrajcę i skazany na Arenę. Miejsce to jest dokładnie tym, z czym nam się kojarzy. To właśnie tutaj, ku uciesze gawiedzi, różne niepotrzebne oczemu społeczeństwu elementy zostają rzucone do nierównej walki z zastępami złych strażników. Mniej więcej na takich zasadach, jak miało to miejsce w "Running man". I tu się zaczyna nasza chwalebna rola.
Pierwszy kontakt z QUEEN - THE EYE jest raczej przyjemny. Mamy bardzo ładne, trójwymiarowe środowisko, mniej ładne, trójwymiarowe postacie i porządną muzykę. Poruszamy się w sposób znany z takich gier, jak BIOFORGE czy DARK EARTH, choć zrealizowany znacznie gorzej.
Z niewiadomych przyczyn, aby zagrać w QUEEN - THE EYE, musimy mieć 32 MB RAM. Oczywiście biorąc pod uwagę wymogi innych gier, nie powinno to dziwić. Ale najbardziej przykre jest to, że w tej grze nie znajdziemy niczego, co mogłoby usprawiedliwiać tak wysokie wymagania. Animacja postaci (o wiele brzydszych niż w DARK EARTH) jest nie najwyższych lotów - mniej więcej jak w MEN IN BLACK, a płacimy za to dwukrotnie wyższymi wymogami, jeżeli chodzi o pamięć operacyjną. W sumie w porządku - jeżeli chcecie myśleć o graniu w porządne gry w bieżącym, 1998 roku, nie ma co myśleć o 16 MB, ale w nadchodzących tytułach coś jednak usprawiedliwia te 32. Ale nie w THE EYE.
Główny zarzut jaki mam do animacji postaci (na 3Dfx), to że jest ona bardzo nierówna. Niektóre ruchy mają zbyt mało klatek animacji i wyglądają jakby się rwały, ale trudno. Natomiast w momencie kiedy przełączamy się na tryb biegu, nasz bohater nagle z nieprawdopodobną prędkością zrywa się do lotu, a wtedy nie ma szans wbiec nim w drzwi bez jakiegoś dłuższego treningu. A czasami trzeba to zrobić, bo przeciwników jest dużo a energii nie wystarczy, by stukać się ze wszystkimi. Przy pierwszych próbach trafienia w drzwi w biegu, zawsze kończyłem na framudze. Po prostu najmniejsza próba korekty kierunku powoduje obrót o jakieś 45-90 stopni. Czyli zamiast lekkiego skrętu w bok, nagle zupełnie zmieniamy kierunek.
To wszystko są jednak detale. Przecież chodzić (nawet przy takiej sobie animacji) można i nie dzieje się graczowi krzywda, z biegania gra się nie składa, ale ta walka...
W grze takiej jak QUEEN - THE EYE powinien być równo rozłożony na dwie sprawy - walkę i elementy przygodowe. Ponieważ to drugie (o czym dalej) nie jest szczytem marzeń graczy przygodówkofilów, to walka powinna być dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Ale nie jest. Jeszcze z ciosami jest w porządku. Mamy ich kilka - dwa przyciski dla ciosów rękami, dwa dla kopniaków i chowanie się (przed ciosem). Mamy do tego możliwość robienia combosów (trzyciosowe to max), które są niezłe i dosyć różne. Tak więc tutaj jest ok. Ale najgorsze jest to, jak wyprowadzamy te ciosy. Niestety, rzuty kamer tragicznie pokazują akcję. Plan albo jest ukazany ze zbyt dużej odległości, albo też ze zbyt niskiej i w rezultacie nie można określić, w którym dokładnie miejscu stoi przeciwnik. Nie ma tu bowiem automatycznego ustawiania się przodem do przeciwnika. Nie dość, że musimy przed każdym ciosem odwracać się w stronę naszego oponenta, to jeszcze mamy małe szanse, aby go trafić pełnym combosem. Zwykle pierwszy cios trafia, drugi odsuwa przeciwnika na bok i trzeci (najpotężniejszy) trafia już w powietrze obok. A przeciwnik w tym czasie od razu wali nas w plecy. Zanim odwrócimy się w jego stronę, już dostaniemy niezłą serię. Rzecz jasna, wróg nie ma takich kłopotów. I tak też musimy się użerać z przeciwnikami przez dłuższy czas, bo paski energii schodzą bardzo wolno. Trzeba zadać naprawdę wiele ciosów, aby wyeliminować gościa. Przy tym walka z więcej niż z jednym przeciwnikiem nie jest praktycznie możliwa. Każdy cios jednego z przeciwników przerywa bowiem ten zadawany przez ciebie drugiemu.
Nieco poprawia sytuację możliwość znalezienia jakichś przydatnych w walce przedmiotów. Są to noże, pałki, pistolety, karabiny itp., które w znaczny sposób ułatwiają grę. Niestety, są porozrzucane bez ładu i składu na ziemi i czasem stapiają się z podłogą.
Z powodu skaczącej animacji cierpimy w momentach, kiedy musimy wykazać się precyzją - np. skoki nad bombami, przepaściami itp. Część zręcznościowa gry pozostawia naprawdę wiele do życzenia.
Część przygodowa też nie jest wcale lepsza. Wśród wszystkich tych ładnych teł poruszamy się ciągle do przodu, a cała praca grafików mija się trochę z celem, gdyż niemal wszystkie elementy krajobrazu są nieinteraktywne. Niby możemy manipulować jakimiś przedmiotami - a to musimy komuś przynieść złotą rybkę, a to pluszowego niedźwiadka (naprawdę!), a to pociągnąć za dźwignie w odpowiedniej kolejności, ale tak naprawdę to wszystko jest tylko tłem do kolejnych walk.
Niestety, żadnych cudów w tej grze nie znajdziemy. Oprócz ładnych wnętrz i wyjątkowo dobrze komponującej się z grą muzyki (nie sądziłem, że w dobie technicznych i metalowych soundtracków zaaklimatyzować się może QUEEN), nie znajdziemy tutaj zbyt wiele. Gra mogła być o niebo lepsza, ale niestety, kilka elementów (to eufemizm - tak naprawdę chodzi o wszystko, prócz muzyki i teł) jest wyraźnie niedorobionych. A takich rzeczy to my nie lubimy.
Banana Split
© & ® 1999 Misiaq Ltd.