Do Pragi przyjechałam wraz z Kubą i Rafałem dzień przed koncertem, późnym wieczorem. Targały nami obawy, czy koncert się odbędzie; wiedzieliśmy, że z powodu choroby Brian odwołał dwa występy we Włoszech. Znaleźliśmy Małą sportową halę, gdzie miał się odbyć koncert - okazało się, że jest to lodowisko (na szczęście bez lodu!) i nic się tam nie dzieje. Martwiło nas to, że w rejonie obiektu jest tylko jeden plakat i to na innym budynku (a przecież Stodoła była oblepiona plakatami; inna rzecz, że ok. 14.00 nie było już żadnego - mam w tym swój udział?). Brak jakiegokolwiek życia w hali i wokół niej tłumaczyliśmy tym, że właśnie w tym momencie Brian grał w Offenbach i w sumie trudno, żeby cokolwiek działo się tu.
Z plakatami było o wiele lepiej w centrum - co prawda, nie wisiały one co dwa kroki, tym niemniej były, a już prawdziwa euforia ogarnęła nas, gdy zobaczyliśmy wystawę, na której wisiały i leżały WYŁĄCZNIE plakaty zapowiadające występ Briana - było ich chyba ze dwadzieścia albo więcej. Cudowny widok! Poszliśmy także do Ticket Center, gdzie powiedziano nam, że nie było żadnych informacji o odwołaniu koncertu.
Następnego dnia byliśmy pod halą kwadrans po trzeciej. Spotkałam kilkoro znajomych, poznanych przed koncertem w Stodole, i tak, częściowo na rozmowach, częściowo na wspólnym śpiewaniu z grupką Czechów (repertuar oczywisty?) upływał nam czas. Czekaliśmy na przyjazd Briana, ale on wszedł do hali innym wejściem, czego oczywistym dowodem była dochodząca do nas próba dźwięku - najpierw Brian zaśpiewał Too Much Love Will Kill You, potem (chyba, nie pamiętam dokładnie) China Belle, następnie Another World i No-One But You.
Tuż przed 19.00 rozsunięto barierki - na szczęście tam, gdzie stałam - i rozpoczął się WIELKI BIEG. Po przedarciu biletu pędziłam w dół na złamanie karku, skacząc po cztery stopnie, cud, że nie połamałam nóg ani nie upadłam! Tuż przy wejściu (wbiegnięciu!!!) na płytę lodowiska upadł mi na ziemię bilet. Chwila wahania - ale wróciłam po niego, tracąc cenne sekundy. Kiedy wbiłam się w tłum, stałam już w trzecim rzędzie, blisko wybiegu, ale otoczona ludźmi. Podjęłam więc desperacką próbę przedarcia się do wybiegu i UDAŁO MI SIĘ! Najpierw wsunęłam między dwóch Czechów tylko jedną rękę i chwyciłam się kurczowo barierki (bo wybieg był otoczony barierkami do wysokości odsłuchów), ale w ciągu najbliższej pół godziny w wyniku skutecznego naporu udało mi się rozepchać Czechów i stanąć przodem do barierki. To było fantastyczne miejsce, chyba najlepsze! Stałam tuż obok lewego odsłuchu (patrząc ze sceny) i, w przeciwieństwie do koncertu w Stodole, nareszcie nikt mi niczego nie zasłaniał!
Przed ósmą zaczął się występ czeskiej kapeli o nazwie Burma Jones, przyjęty przez Czechów z zerowym zainteresowaniem. Grali około pół godziny, po czym rozpoczęto przygotowania do koncertu Briana. W pewnym momencie techniczny (ten sam, co w Stodole) wyszedł na scenę z gitarą Briana. I co? I NIC! Żadnej reakcji!!! A pamiętacie, co się w tym momencie działo w Warszawie? Jeden wielki ryk, jakby sam Brian pokazał się publiczności. Niedobrze, myślę sobie.
O 21.00 dało się słyszeć pojedyncze gwizdy, które po chwili przerodziły się w jeden wielki ogłuszający chór gwizdów. Myślałam, że popękają mi bębenki w uszach! Na szczęście, zaczęło się też skandowanie "Brian, Brian" i tak przez chwilę współbrzmiało ono z tymi przeraźliwymi gwizdami. Parę minut później zgasły światła (wyglądało to niesamowicie, bo świeciły się tylko zielone i czerwone kontrolki od aparatury), a zaraz potem rozległy się ogłuszające dźwięki Dance With The Devil Cozy'ego Powella, którym towarzyszył snop świateł skierowany na perkusję. Ludzie zaczęli od razu klaskać do rytmu, a mnie, wiedzącej co to za utwór i jakie jest jego znaczenie, aż ciarki przeszły po plecach. Po tym ogłuszającym wstępie nastąpiła chwila ciszy, po czym zapalono pojedyncze światło (zasłona z drzewem była już opuszczona) i rozległ się głos, informujący, że pan Brian May trochę się spóźni, ale teraz wystąpi jego kuzyn z Tennessee, T.E., który nas trochę zabawi itd. Reakcja oczywista - gwizdy i okrzyki niezadowolenia. Zza parawanu ukazała się ręka, która pomachała nam wesolutko, po czym na scenę wyskoczył zapowiedziany kuzyn Briana - czyli nikt inny, tylko przebrany Brian May! Ludzie z przodu zresztą zaraz go poznali - oczywiście natychmiast rozległ się jeden wielki ryk "BRIAN!" i wszystkie ręce wyciągnęły się w jego kierunku. A Brian śpiewając Only Make Believe tanecznym krokiem wyszedł na wybieg. Stał pół metra ode mnie, miałam go na wyciągnięcie ręki! Chociaż dotknąć go było trudno, bo stanął tak, żeby być blisko, a jednocześnie ustrzec się przed tym lasem rąk, które się doń wyciągały. Nie mogłam od niego oczu oderwać, chociaż wyglądał tak inaczej. Kiedy skończył śpiewać, zakomunikował - głosem o kilka rejestrów niższym - że pan Brian May wkrótce tu będzie, a w międzyczasie to on chciałby nas zabawić przez kilka godzin. Odpowiedzią był chóralny krzyk ze strony publiczności, po czym zabrzmiały dźwięki C'mon Babe (czyli, na dobrą sprawę, Slow Down), a Brian wycofał się za scenę, na którą z kolei wkroczył jego sobowtór, dając Brianowi kilka cennych minut na doprowadzenie się do "normalnego" wyglądu.
Następnie znów zgasły światła, a po chwili jasny snop reflektora oświetlił Briana stojącego w pozycji z okładki Another World na ustawionych po prawej stronie sceny schodach. W tejże pozycji zaczął śpiewać Space i chyba nie muszę pisać, co się wtedy działo wśród publiczności? Zasłona uniosła się do góry, a Brian zszedł ze schodów i rozpoczął ostro, bo od Since You Been Gone. Następnie Spike zagrał coś, co na liście utworów nosi nazwę Spike Vibe, a co było czymś w rodzaju solówki czy też wstępu do następnej piosenki, a była nią China Belle. Napisałam ostatnio, że za nią nie przepadam - COFAM TO! W wersji koncertowej jest przepiękna, a Brian śpiewając ją stroił takie miny i tak przewracał oczami, że stwarzało to dodatkowy efekt komiczny. Jeszcze wcześniej przywitał się z publicznością zawołaniem "Ahoj, Praho!" i dodał kilka zdań typu, jak to miło tu być i że Praga jest jednym z tych miejsc, w których Queen nigdy nie koncertował. Następnie zespół wykonał Queenowego medleya, składającego się z Fat Bottomed Girls, I Want It All, Headlong, Tear It Up i Show Must Go On. Oczywiście, zaśpiewaliśmy z Brianem wszystko, każdy dźwięk, każdą nutę, aczkolwiek echa w Show Must Go On (I'm learning i turning, turning, turning) wyszły zdecydowanie lepiej w Warszawie. Ludzi ogarnęło ogromne uniesienie, wszystkie ręce były w górze, a Brian niemal w każdym utworze wychodził grać na wybieg (o ile oczywiście nie musiał przez pewien czas śpiewać). Podczas Show Must Go On były momenty, że kierował mikrofon w publiczność i wtedy śpiewaliśmy wyłącznie my! Po tej składance, przyjętej burzliwą owacją i gromkim "Brian, Brian", rzeczony Brian zapowiedział Neila Murraya i wszyscy zeszli ze sceny, Neil natomiast zaczął grać swoje solo, bardzo ładne i melodyjne. Dwa razy jego popisy zostały wynagrodzone oklaskami - brzmiały one jednak mizernie w porównaniu z brawami dla Briana, który powrócił wraz z zespołem na scenę i zagrał Last Horizon. To były cudowne chwile - ten piękny, słodki utwór i mój wzrok utkwiony w Brianie, tym razem na spokojnie - po prostu napawałam się jego obecnością i śledziłam każdy jego ruch?
Później nadszedł czas na część akustyczną. Ku naszej ogromnej radości mikrofon i wysokie krzesło dla Briana ustawione zostały nie na scenie (jak w Stodole), ale na wybiegu! Brian usiadł na krześle - oczywiście, wszyscy w tym momencie krzyczeli ze szczęścia - i zanim zaczął grać, podarował swoją sześciopensówkę chłopakowi stojącemu obok mnie (dlaczego nie mnie??? ale przynajmniej ją obejrzałam). Po chwili zabrzmiały dźwięki wstępu do Love Of My Life, a następnie publiczność odśpiewała całą piosenkę (chociaż Brian musiał zacząć, ludzie rozkręcili się dopiero w drugim wersie). Chłopak stojący naprzeciw Briana krzyknął nawet w stosownym momencie "Beautiful", tak jak na koncertach zwykł robić to Freddie. A ja byłam (który to już raz?) w euforii, miałam wrażenie, że chyba się rozpłaczę - ale nie ze względu na Freddiego, którego ta piosenka niewątpliwie przypomina, tylko z powodu ogromnego wzruszenia wywołanego bliskością Briana. Nie odrywałam od niego wzroku, a ta kochana twarz była tak blisko mnie?
Po odśpiewaniu Love Of My Life i ogromnym aplauzie publiczności Brian wycofał się na scenę i zaczął opowiadać historię związaną z gitarą akustyczną, którą trzymał w rękach (z tego, co wiem, to zmyślał, bo gitarę zrobił podobno sam). "Poszedłem do sklepu i kupiłem ją bardzo tanio, mówi. Wróciłem do domu i zacząłem na niej grać, a ona wydała z siebie dźwięk taki jak ten" - po czym przejechał palcami wzdłuż całego gryfu, a gitara (która miała zamontowaną przystawkę elektryczną) wydała z siebie iście piekielny jazgot, przyjęty ze śmiechem przez publiczność. "Stwierdziłem, że jest zepsuta i muszę iść ją oddać", powiedział Brian, na co ludzie zareagowali kolejnym wybuchem śmiechu. Po takim wstępie Brian zagrał przecudowną, akustyczną wersję Driven By You, którą od czasu, gdy usłyszałam ją po raz pierwszy w Warszawie, pokochałam całym sercem. Tutaj też została przyjęta bardzo ciepło. Po tym utworze Brian pochwalił swój zespół i przystąpił do przedstawiania jego członków. Po słowach "No cóż, od kogo by tu zacząć?" w jego kierunku poleciały różne propozycje, ja sama krzyknęłam "Jamie!", ale Brian zaczął od Neila Murraya. Potem przedstawił Susie Webb i Zoe Nicholas, a następnie przyszła kolej na Spike'a, który został przywitany ogromnym rykiem publiczności, oklaskami i skandowaniem "Edney, Edney". Spike, jak to Spike, zareagował cudownie i z humorem - narysował w powietrzu wielkie serce i zaczął je gestami "rozsyłać" we wszystkie części tłumu, a na zakończenie przyłożył obie dłonie do serca. Potem Brian przedstawił Erica Singera i Jamiego Mosesa. Jamie w odpowiedzi zagrał na gitarze akustycznej krótką, wesolutką melodyjkę w klimatach piknikowo-westernowych, której natychmiast zaczęły towarzyszyć oklaski i nie wiem jak inni, ale ja się bez przerwy śmiałam! Sam Jamie też bawił się przednio, a uwaga ludzi chyba po raz pierwszy była oderwana od Briana i skoncentrowana tylko na Jamiem. Na koniec Jamie przedstawił Briana?
Po kilkuminutowej owacji trochę się uciszyło i ludzie zaczęli wołać, co by chcieli usłyszeć - głównie '39 (ja też to krzyknęłam); i rzeczywiście było '39, ale sam wstęp, tak jak na Live At The Brixton Academy, a później On My Way Up. Po tej piosence Brian zapowiedział kolejną, która, zgodnie z jego słowami, ma teraz zupełnie inny wydźwięk niż przed laty. Po wstępie z It's Late (tłum zareagował euforią, nie wiedząc, że to tylko wstęp) Brian zaczął śpiewać Hammer To Fall w wersji balladowej, która, o dziwo, tym razem mi się spodobała - może dlatego, że już wiedziałam, co jest grane. Końcówka była jednak "tradycyjna", co ludzie przyjęli wyjątkowo entuzjastycznie. Następnie na scenie został tylko Brian i spowity intymnym niebieskim światłem zaczął grać swoje solo, składające się w dużej mierze z Brighton Rock i Chinese Torture. Wydobywał z gitary tak niesamowite dźwięki, że w pewnym momencie po prostu osłupiałam z wrażenia. Co lepsze, NIGDY nie słuchałam solówek Briana na płytach koncertowych, bo zawsze mnie denerwowały - a tu stałam jak zahipnotyzowana i dosłownie ogłuszona bogactwem dźwięków i ich natężeniem. Brian to mistrz, a jego grania można słuchać bez końca?
Kolejne kilka minut należało niepodzielnie do Erica, który z werwą "wybębnił" swoje solo, dłuższe niż w Warszawie (gdzie po prostu przedwcześnie zgasły mu pałeczki) i bardzo efektownie zakończone. Pałeczki, rzecz jasna, poleciały w ludzi? a na scenę wkroczyli Brian i pozostali członkowie zespołu i brawurowo wykonali Resurrection, z tym że o połowę krótsze. Potem było We Will Rock You, wyśpiewane przez publiczność z towarzyszeniem Briana, a następnie Tie Your Mother Down (na liście utworów zatytułowane Tie Your Mother Up!), przyjęte z ogromnym entuzjazmem. Brian tradycyjnie spóźnił się ze swoim śpiewem w ostatniej zwrotce, ale w ogóle się tym nie przejmował. Zresztą połowę piosenki spędził na wybiegu?
Na tym zakończył się "podstawowy" występ, ale Brian, rzecz jasna, zapowiedział, że zaraz wróci. Oczywiście, krzykom "Brian, Brian" nie było końca, podobnie jak oklaskom. Podczas nieobecności zespołu ponownie opuszczona została zasłona, po czym wyszedł przed nią tylko Brian, przebrany w luźną koszulę, uśmiechnięty, szczęśliwy, z mikrofonem w ręku. Pokazał ręką na zasłonę i powiedział: "Chciałbym zwrócić waszą uwagę na to drzewo. Bardzo je lubię i uważam, że jest bardzo seksowne" - a ostatnie słowa ("very sexy") wypowiedział tak niesamowitym głosem i z tak niesamowitym wyrazem twarzy, że nie da się tego opisać. Po czym rozległ się głos z drugiej strony wybiegu (po angielsku): "Brian, czy mogłabym kochać się z tobą?", na co Brian zaśmiał się i odparł: "Raczej nie!" Znów zabrzmiały okrzyki i oklaski, aż Brian w pewnym momencie zawołał: "Ja chcę śpiewać! Pozwolicie mi?" Chóralne "Yeah" było wystarczająco czytelne. Brian podszedł zupełnie do przodu wybiegu, a w jego kierunku wyciągnął się las rąk, w tym także z prezentami. Wziął czerwoną różę, czekoladowe serce w złotym papierku i butelkę alkoholu (jak się potem dowiedziałam, była to Becherovka, czeska wódka ziołowa) - na tę ostatnią popatrzył z uznaniem, pokiwał głową, przewrócił oczami i uniósł obie ręce do góry - w jednej trzymał różę i serce, a w drugiej Becherovkę. Przez chwilę stał tak w geście triumfu, a publiczność wiwatowała na jego cześć. Następnie Brian zapowiedział, że usłyszymy teraz piosenkę z ostatniego albumu, która bardzo się różni od pozostałych. Wsadził butelkę i serce pod pachę i trzymając nadal w lewej ręce różę, zaczął śpiewać Another World - z towarzyszeniem tłumu, rzecz jasna. Trochę pozmieniał słowa (aczkolwiek nadal miały one sens), natomiast ludzie wkrótce przestali śpiewać i zaczęli słuchać, gdyż głos Briana brzmiał naprawdę przepięknie. Potem radykalna zmiana nastroju, podniesienie zasłony, Spike gra wstęp do All The Way From Memphis, a Brian zaczyna dziękować ludziom z Pragi za to, że przyszli, że dzięki nim ten koncert był tak wspaniały itd., a biedny Spike przez cały czas wali w te klawisze i daje wyraźnie do zrozumienia, że powoli ma dosyć i czas zaczynać! No więc zaczęli i zagrali cudownie - a na samym końcu Brianowi zerwała się struna i zamiast efektownego akordu końcowego wydobył ze swojej gitary jakiś rozpaczliwy jęk, po którym opadł na czworaki (wcześniej już klęczał) i zaczął się śmiać, a wraz z nim rechotał cały zespół i publiczność także! Dodam jeszcze, że w trakcie tej piosenki wreszcie wyszedł na wybieg Jamie i zagrał solo oparty jedną nogą o głośnik z odsłuchami - niestety, ten z drugiej strony - wyszły też Susie i Zoe, a jedna z nich (blondynka) podała rękę kilku osobom, w tym mnie! Zanim dziewczyny wróciły na swoje miejsce przy mikrofonach, pokręciły jeszcze seksownie pupami przy Brianie, który w tym momencie pracowicie rzeźbił jakieś solo, ale wcale nie pozostał dłużny w wyzywających ruchach?
Po tym utworze zespół ukłonił się i przy akompaniamencie okrzyków i oklasków zszedł ze sceny. To jednak jeszcze nie był koniec - publiczność zaczęła tupać, a okrzyki "Brian, Brian" nie milkły ani na chwilę. Wreszcie Brian wyszedł raz jeszcze i stojąc na wybiegu, zaśpiewał wraz z tłumem No-One But You. Znowu zrobiło się bardzo intymnie i wszystkie ręce falowały. I to już był, niestety, koniec tego cudownego koncertu (aczkolwiek na liście utworów ujęty był jeszcze Slow Down, podobnie jak No-One But You ze znakiem zapytania). Zapaliły się światła i przy wtórze odtwarzanego z płyty Why Don't We Try Again ekipa zaczęła zwijać sprzęt.
Po występie jakiś Czech zapytał mnie, gdzie było lepiej: w Warszawie czy tu. Odpowiedziałam mu, że tu było trzy razy lepiej. Trochę przykro mi to pisać, ale takie jest moje subiektywne odczucie. W ogromnej mierze zależy ono od miejsca, jakie miałam - w Stodole, mimo iż byłam blisko sceny, niemal przez cały czas ktoś mi zasłaniał, a przez większą część koncertu stałam w tak ogromnym ścisku, że momentami niemal traciłam przytomność. Po koncercie byłam zupełnie mokra i ledwo trzymałam się na nogach. Tutaj wręcz przeciwnie - ani śladu potu czy zmęczenia, a przecież szalałam przez ponad dwie godziny, nie odpuściłam żadnego utworu i wybawiłam się za wszystkie czasy. Miałam cudowny widok, chyba najlepszy, jaki może być. A poza tym koncert po prostu się udał - Brian nie miał ŻADNYCH problemów z gitarą (jedynie to zerwanie struny) i prawie żadnych z głosem; był uśmiechnięty, radosny i o wiele częściej wychodził na wybieg (pewnie dlatego, że dotknięcie go zza barierek graniczyło z niemożliwością). Sala i scena były większe, oświetlenie tak umieszczone, by wykorzystać je w stopniu maksymalnym, co zresztą zrobiono (było nawet światło stroboskopowe)? No i czeska publiczność, reagująca wspaniale, mimo moich wcześniejszych obaw - aczkolwiek tu nie do przebicia jest polska publiczność z naszym We Will Rock You i Sto lat.
Koncert w Pradze był stuprocentowym spełnieniem moich marzeń - tak, dopiero ten. Dla takich chwil warto żyć? Paradoksalnie, gdyby nie śmierć Freddiego, ten koncert nigdy by się zapewne nie odbył. Brian na zawsze pozostałby w cieniu. A tak - to on jest liderem, na nim skupia się uwaga publiczności, jego imię wykrzykują tysiące fanów. Brian ma ogromną siłę przyciągania, którą teraz może w pełni wykorzystać.
Mam tylko nadzieję, że następny album Briana ukaże się trochę szybciej i dane mi będzie wziąć udział w równie niesamowitym koncercie. Już teraz czekam nań z ogromną niecierpliwością.
Joanna Dylewska
© & ® 1999 Misiaq Ltd.